Demoniczne Samce
"99% z naprawdę przerażającego gówna tego świata zostało wszczęte, ustanowione, popełnione lub kontynuowane przez mężczyzn." George Carlin

Męskość, kobiecość - o różnicach wynikających z płci

Dwie dekady temu pani Sandra Lipsitz Bem, którą cytowałem już na tym blogu, napisała książkę Męskość, kobiecość: o różnicach wynikających z płci. Pozwolę sobie streścić główne wyniki badań i teorię, jaką zbudowała w oparciu o nie, streszczając tę publikację. 
Wspominałem już na łamach bloga o prostym fakcie: w historii zachodniej (i nie tylko) kultury dominowały i wciąż dominują trzy przekonania o naturze mężczyzn i kobiet:
  1. Kobiety całkowicie różnią się od mężczyzn na poziomie psychologicznym i seksualnym.
  2. Mężczyźni z natury są płcią, która dominuje, czyli jest lepsza. 
  3. Owa męska dominacja i rzekome różnice mają charakter "naturalny".
 Do mniej więcej połowy XIX wieku "naturalność" różnic międzypłciowych miała charakter religijny i podsycana była przez dyskryminujące kobiety religie judeochrześcijańskie. Podobna sytuacja wciąż ma miejsce w krajach islamskich.

Gdy po tym okresie zachodnie społeczeństwa zaczęły budzić się na świat naukowy, zaczęto szukać innego, bardziej racjonalnego podłoża owych różnic i odnaleziono je na poziomie biologicznym, tłumacząc mniej lub bardziej logicznie jako efekt długotrwałej ewolucji.

W drugiej połowie XIX wieku pojawiła się też w Ameryce pierwsza fala ruchu na rzecz równouprawnienia dla kobiet, a nawet wtedy większość Amerykanów nie widziała nic sprzecznego w jednoczesnej walce o równe prawa i odmawianiu kobietom praw politycznych, uzasadniając w dowolny sposób ich niższość intelektualną. Mimo to ówczesne feministki swoją niestrudzoną walką podobną do pracy Syzyfa doprowadziły do ustalenia przynajmniej podstawowych praw politycznych dla płci żeńskiej.

Tamta walka i późniejsze działania feministek, które doprowadziły do stanu obecnego, w którym mimo ciągłej dyskryminacji i nierówności sytuacja jest już znacznie lepsza niż w tamtym okresie, wydają się być dziś zapomniane. Męski świat piętnuje feministki i demonizuje lub ogłupia ich obraz, przez co nawet wiele kobiet wzdryga się na samą myśl, że ktoś mógłby wyzwać je od feministek, po czym wraca chętnie do swojej pracy na dwa lub trzy etaty, jeśli wychowuje dzieci. 

Dopiero w dwie dekady po drugiej wojnie światowej, która zhańbiła swoją istotą całkowicie świat ludzki i pogrążyła mężczyzn, którzy byli za nią odpowiedzialni jeszcze bardziej w otchłani durnoty, pojawiła się druga, silniejsza fala feminizmu, stopniowo uzmysławiając ludziom, że ograniczanie kobietom dostępu do uczelni, czy wypłacanie niższych wynagrodzeń za tę samą pracę, nie ma "naturalnych" podstaw biologicznych ni historycznych, jest niczym więcej jak bezzasadną formą dyskryminacji płci, opartej na przestarzałych stereotypach wyrastających z korzenia religii judeochrześcijańskiej. Wiele współczesnych kobiet nie zdaje sobie sprawy z tej nierównej walki, widząc w feministkach tylko młode kobiety paradujące toples, bo taki obraz feminizmu prezentuje nam nasza telewizja. 

Transformacja świadomości społeczeństw zachodnich na przestrzeni ostatniego półtorej wieku niewątpliwie była ogromna i w dobrym kierunku, wystarczy porównać ich stan obecny do stanu obecnego społeczeństw muzułmańskich, prawdopodobnie odpowiadających państwom chrześcijańskim sprzed pół milenium. Jednak nawet mimo tej pozytywnej przemiany, ukryte założenia i stereotypy płci, niedostrzegalnie, przekazywane z pokolenia na pokolenie, powielają schemat męskiej dominacji.

Sandra Bem nazywa te trudno dostrzegalne założenia pryzmatem rodzaju, gdyż właśnie poprzez ich pryzmat pojęcia dotyczące płci są kulturowo zniekształcane, wpływają na to w jaki sposób ludzie rozumieją społeczną rzeczywistość, indukując nierówność płacową, nierówność w opiece nad dziećmi, kulturę gwałtu i wszelkie inne formy dyskryminacji kobiet.

Sandra Bem opracowała dobrze udokumentowaną teorię wydzielając trzy pryzmaty rodzaju:
  1. Androcentryzm, czyli stawianie męskiego pierwiastka w centrum uwagi.
  2. Polaryzację rodzajów, czyli przekonanie o "inności" płci żeńskiej.
  3. Esencjalizm biologiczny, mający uzasadnić na poziomie naukowym dwa poprzednie pryzmaty. 

Androcentryzm

Androcentryzm polega na bardzo subtelnym ukryciu i podtrzymaniu poglądu o wyższości mężczyzn. Nie chodzi o uwarunkowanie historycznie postrzeganie mężczyzn jako lepszych, androcentryzm polega na definiowaniu mężczyzn, dodajmy mężczyzn heteroseksualnych (i głównie białych, ale niekoniecznie), jako neutralnej normy, standardu, natomiast kobiet jako naznaczonego płcią odchylenia od tej normy. Nie mamy więc do czynienia w naszej kulturze z traktowaniem mężczyzny jako istoty wyższej, to byłoby zbyt proste i zauważalne na pierwszy rzut oka. Wielu seksistów wręcz twierdzi, że kobiety są istotami wyższymi od nich, co nie przeszkadza im jednocześnie w rozumowaniu, że to mężczyźni są istotami ludzkimi, natomiast kobiety są "innymi".

Ten subtelny androcentryzm przenika całą naszą kulturę i ma silne wyrazy w jej materialnych przejawach, np. języku.

Polaryzacja rodzajów

Samo stwierdzenie, że kobiety różnią się od mężczyzn w jakiś zasadniczy sposób ma raczej charakter prymitywny. Pomijając już fakt, że owa odmienność nie ma pokrycia w badaniach naukowych, zwróćmy uwagę na to, że nasze społeczeństwo, kultura zdominowana przez mężczyzn, używa tego stwierdzenia jako naczelnej zasady organizującej życie społeczne. Sam fakt odmienności nie byłby jeszcze taki rażący, ale w naszej kulturze nakłada się to na praktycznie każdy aspekt życia społecznego, na podział ról społecznych, sposób wyrażania emocji lub odczuwania seksualności, czy nawet sposób ubierania się.

Esencjalizm biologiczny

W czasach, gdy to naiwny, religijny pogląd dominował ludzką świadomość, uzasadnianie wcześniejszych dwóch pryzmatów rodzaju nie musiało być zbyt subtelne - to Bóg chciał, by płcie były różne i by kobieta służyła mężczyźnie. Taka sytuacja ma miejsce we współczesnym islamie. Jednak gdy wreszcie ludzkość zaczęła budzić się po kilkunastu wiekach z religijnego snu, należało wymyślić jakieś bardziej subtelne uzasadnienie dla rzekomej odmienności kobiet i różnic między płciami. Z pomocą męskiej dominacji przyszedł darwinizm i jego swoista interpretacja, rozciągana później na psychologię ewolucyjną i wreszcie seksistowską psychoanalizę Freuda.

W ten oto sposób rzekome "naturalne" różnice zostały uzasadnione, dominacja mężczyzn podtrzymana, dyskryminacja kobiet - zachowana.

Męska dominacja

Co by się stało, gdyby wychować dzieci w oderwaniu od kultury i społeczeństwa? Czy wykształciłby się w nich ten sam stereotyp płci? Przedstawiono kilka dowodów na to, że tak, jednakże Sandra Bem pokazuje znacznie więcej dowodów, także ze swoich badań, pokazujących, że różnice te mają jedynie charakter kulturowy. Kilkuletnie dzieci np. nie potrafią rozróżnić płci na podstawie różnic biologicznych, a jedynie na podstawie ubioru (sic!).

W większości zachodnich kultur to biali, heteroseksualni mężczyźni dominują, przez co w gorszej sytuacji stawiane są nie tylko kobiety, ale także mniejszości rasowe i seksualne. To biali mężczyźni mniej lub bardziej świadomie podtrzymują swoją dominację, co jest im bardzo korzystne. W praktyce kobieta przeznaczona jest do jednego - urodzenia i wychowania potomstwa, najlepiej w wierności do mężczyzny, swojego pana. Dlatego w naszej kulturze pomija się choćby skutki ciąży i możliwe komplikacje, gloryfikując macierzyństwo i poświęcenie dla męża oraz dzieci.

Potrzeby kobiet są systematycznie pomijane w takim układzie, z czego większość nie zdaje sobie sprawy i stawiane są w pozycji podrzędnej do potrzeb męża i dzieci. Przesadzam? Zakańczając ten wpis zacytuję użytkowniczkę LeftShift, której wypowiedź jest tak wymowna, a przynajmniej powinna być, że nie wymaga dodatkowego komentarza [źródło]:

OK, wszystkowiedzące chłopy, czas na wypowiedź Matki Polki.
Mam dwóch zdrowych chłopaków, po dwóch zdrowych ciążach. (Nawet w tej chwili piszę, karmiąc, taka ciekawostka). Same ciąże - bez większych komplikacji, ale typowych dolegliwości nie uniknęłam: codzienne wymioty do samego porodu (tak!), hemoroidy (tak, kobiety też to mają!).
Porody - jeden po 16 godzinach zakończył się cesarką (najbardziej traumatyczne wspomnienie: pan doktor z ręką "we mnie" sprawdza położenie dziecka i mówi, że może jeszcze skurcz, dwa, i urodzę, a ja błagam o cięcie). Drugi poród naturalny, ze znieczuleniem.
Efekty medyczne - po naturalnym porodzie pękłam, a do tego mnie nacięli, i te dwie rany brzydko się zabliźniły - dopiero po dodatkowym zabiegu w szpitalu mogliśmy się znowu ciupciać z mężem. Rozstępami mam usiane cale podbrzusze, jest blizna po cesarce. Ważę tyle, co w 18. urodziny, ale wyraźnie wisi mi brzuch, jest taki miękki teraz. Hemoroidy przeszły po pierwszej ciąży szybko, teraz co jakiś czas jeszcze je czuję.
Pobyty w szpitalu, mimo generalnie dobrej opieki, wspominam jak więzienie.
Jaki z tego wniosek?
ŻADEN. :)
Mam dwóch super synów, w kapuście bym ich nie znalazła. I nawet jeśli starszy doprowadza mnie czasem do szewskiej pasji, a póki co czasu wolnego mam tyle, co wyżebram u męża, to POLECAM WSZYSTKIM!
2 komentarze:

Takie kobiety jak ona nie są już tylko ofiarami. Ją można już zaliczyć do oprawców, wrogów równości oraz do wysłanników patriarchatu.


Komentarz, w kontekście notki i całego bloga, powala na kolana. :) Masakra do czego może doprowadzić kulturowe pranie mózgu. Dlatego już dawno stwierdziłem, ze kulturowe chrześcijaństwo jest większym wrogiem równości i postępu, niż sama religia, bo znacznie łatwiej wyśmiać i obalić dogmaty wiary, niż zmienić ludzką mentalność urabianą przez kilkadziesiąt lat w służbie państwa i wszelakich skurwysynów.


Prześlij komentarz


Ostatnie komentarze

Popularne posty