Demoniczne Samce
"99% z naprawdę przerażającego gówna tego świata zostało wszczęte, ustanowione, popełnione lub kontynuowane przez mężczyzn." George Carlin

Wstęp do "Drugiej Płci"

Etykiety:
Ale i argumenty feministów powinniśmy traktować z nie mniejszą nieufnością; często bowiem dbałość o argumentację odbiera im wszelką wartość. Simone de Beauvoir

Istnieje źródło dobre, które stworzyło porządek, światło i człowieka - i źródło złe, które stworzyło chaos, ciemności i kobietę. Pitagoras

Wszystko, cokolwiek mężczyźni napisali o kobietach, musi być podejrzane, gdyż każdy z nich jest jednocześnie sędzią i stroną. Poulain de la Barre

Jestem mężczyzną i w dodatku, jeżeli przyjąć za słuszne niektóre potoczne stwierdzenia i przekonania, wyrosłe głównie z ignorancji, a po trosze z lęku, że współczesne feministki są tak naprawdę seksistkami, jestem też feministą (z drugiej strony, jeżeli feministki walczą jedynie o równouprawnienie płci, do feminizmu mi daleko, gdyż w moim mniemaniu mężczyźni przez wieki dali wystarczającą ilość dowodów na to, że są gorszą częścią gatunku). 

Tyle tytułem mojego wstępu. Oddajmy teraz głos Simone de Beauvoir, nieżyjącej już autorce monumentalnego dzieła filozofii feministycznej o tytule Druga płeć, którego główne motto brzmi:
Nie rodzimy się kobietami - stajemy się nimi

Druga płeć

Czy istnieje kobiecość? Należałoby zacząć od tego, że współczesna nauka poddaje pod wielką wątpliwość zasadność podsycania mitu o istnieniu jakiś znaczących różnic między przedstawicielami obu płci naszego gatunku. Te różnice zacierają się nie tylko na poziomie psychicznym, zarówno jeśli chodzi o intelekt jak i stronę emocjonalno-kulturową, ale nawet na poziomie biologicznym, czego wielu ludzi, a już szczególnie mężczyźni nie chcą przyjąć do wiadomości. Stwierdzenie, że penis jest tylko przerośniętą łechtaczką wręcz godzi w godność niektórych samców o mentalności Tomasza z Akwinu, notabene największego obok Augustyna księcia Kościoła. 

Dzieło Simone jest m.in. potwierdzeniem faktu, że jeżeli istnieją jakiekolwiek różnice między płciami, mają one charakter nabyty na drodze socjokulturowego uwarunkowania, nie są wrodzone i "naturalne" jak chciałaby większość mężczyzn. A więc jeżeli np. za dysproporcję w udziale kobiet w nauce odpowiadają czynniki nabyte (efekt Matyldy), to mamy do czynienia z ukrytą i zakrojoną na szeroką skalę dyskryminacją płci. 

Kim właściwie jest kobieta, można by zapytać. Tota mulier in utero (kobieta to macica), jak mawiają niektórzy i zaraz spieszą ze stwierdzeniem, że "feministki to nie są prawdziwie kobiety", nawet mimo faktu, że też macicę posiadają (pomijam już to, że mężczyźni także posiadają szczątkową macicę). 

Samice stanowią około połowy populacji u większości gatunków ssaków, nie inaczej jest u ludzi. Ale co z tego? Trudno posądzać niektórych przedstawicieli uważających się za mężczyzn o konsekwencje w swoich stwierdzeniach, potrafią powiedzieć, że feministki to nie kobiety, nie wystarczy bowiem posiadać macicy, piersi, waginy czy czego tam jeszcze. Należy jeszcze mieć tajemnicze coś, zwane kobiecością, ową rzecz ustaloną zazwyczaj przez mądre, męskie głowy. Wygląda jednak na to, że kobiecość nie jest substancją produkowaną przez jajniki, lecz sztucznym tworem narzuconym przez mężczyzn na drodze społecznych warunkowań. 

Czy powyższe stwierdzenie jest zaprzeczeniem istnienia kobiet? Tylko ktoś ograniczony we własnym pojmowaniu semantyki mógłby wysunąć taki wniosek. 

Współczesne kobiety wciąż prześladuje ta świadomość własnej kobiecości. Wystarczy spojrzeć w dowolnym kierunku, gdzie znajdują się ludzie, żeby dostrzec różnice między płciami w zainteresowaniach i ubiorze. Różnice, które są raczej powierzchowne. Przypomniała mi się przytaczana gdzieś rozmowa z kilkuletnim chłopcem, który bawił się na plaży z jakimś innym dzieckiem. Ojciec zapytał go potem, czy bawił się z dziewczynką, czy z chłopcem, na co ten odparł: "Nie wiem, nie miał na sobie ubrania.". 

Różnice rzeczywiście istnieją, nawet jeśli mają tylko charakter nabyty i powierzchowny, dlatego właśnie możemy zadać sobie pytanie, co to jest kobieta?

Nasuwająca się odpowiedź pokazuje prawdziwy wymiar dyskryminacji płci żeńskiej. Kobieta, aby zdefiniować samą siebie musi przede wszystkim stwierdzić: "jestem kobietą". Mężczyzna nie musi tego robić, fakt, że jest się mężczyzną jest zrozumiały sam przez się, wiele języków jest przedłużeniem tego stwierdzenia, np. wyraz "człowiek" ma rodzaj męski. Czy można powiedzieć mężczyźnie: "myślisz tak, ponieważ jesteś mężczyzną" na równi z powiedzeniem kobiecie: "myślisz tak, bo jesteś kobietą"?

Ta dyskryminacja językowa jest tak wyraźna, ale jednocześnie tak dalece ignorowana. Pisząc jedną z moich pierwszych książek [1] nawet nie zdawałem sobie sprawy, że formułując treść nieświadomie zwracałem się w myślach do mężczyzny. Pisałem dla wyimaginowanego czytelnika płci męskiej, co zresztą miało wyraz w treści i pewna kobieta, którą szczęście mam znać, zwróciła mi na to uwagę w jednym zdaniu, co niezwłocznie poprawiłem. 

W jednej z nowszych książek zwracam się w niektórych rozdziałach bezpośrednio do kobiety [2], mając nadzieję, że wzruszy to choć jednym z męskich czytelników. 

Mężczyzna, męskość jest więc w świadomości niejako wyznacznikiem, miarą, do której przykłada się człowieczeństwo. Wg Arystotelesa "Samica jest samicą na skutek braku pewnych przymiotów. Musimy traktować kobiety jako rodzaj istot z natury upośledzonych."

Nawet biblijna historia o stworzeniu, gdzie Ewa powstaje z jednego z adamowskich żeber wywraca całą prawdę do góry nogami. "Kobieta jest istotą względną" stwierdza Michelet w jednym ze swoich pism. "Ciało mężczyzny ma sens samo w sobie; w przeciwieństwie do ciała kobiety, które wydaje się pozbawione sensu, o ile nie wspomnie się o samcu... Mężczyzna jest do pomyślenia bez kobiety. Kobieta jest nie do pomyślenia bez mężczyzny" - rozwija jego myśl Benda w Rapport d'Uriel.

5 komentarze:

Simone de Beauvoir - imponująca osoba, dobrze, że o niej wspomniałeś, bo nie miałem pojęcia o jej istnieniu. Naprawdę ciekawa, skrótowa biografia i osiągnięcia. Szkoda tylko, że komunistka.


Wybaczyłbym jej fakt popierania komunizmu. Żyła i tworzyła głównie w okresie, gdy piękne idee równości postulowane przez komunizm nie zetknęły się jeszcze z brutalną rzeczywistością w praktyce, kiedy jeszcze Orwellowskie wieprze nie pokazały swojej ludzkiej twarzy.


Oczywiście, domyślam się, że był on wtedy jedyną drogą skutecznego buntu wobec zasranej rzeczywistości. Dodatkowo, sam komunizm jest całkiem piękną ideą, ale niestety nie do zrealizowania w świecie o ograniczonych dobrach. Być może pełen egalitaryzm i zaspokojenie potrzeb każdej jednostki będą kiedyś, w dalekiej przyszłości, możliwe, gdy całą pracę i wysiłek przejmą na siebie maszyny. Myślę, że zmiana mentalności z nastawionej na rywalizację na tę, opartą o samorealizację i poznawanie może nastąpić w takich warunkach samorzutnie. Oczywiście nie będzie to gwałtowny proces, ale już teraz widać jego symptomy, niektóre firmy skracają "dniówkę" do 5-6 godzin, przy zachowaniu tej samej pensji (alternatywa dla podwyżek, możliwość zwiększenia zatrudnienia) i nieźle na tym wychodzą. Słyszałem, że w Niemczech rząd chce to narzucić wszystkim przedsiębiorstwom, i choć z taką ingerencją się już nie zgadzam, uważam jednak, iż będzie ona korzystna. Oczywiście mam też nadzieję, że ktoś w końcu pójdzie po rozum do głowy i przestanie forsować politykę prorodzinną, bo zwiększanie populacji jest prostą drogą do katastrofy, zamiast do nowej, lepszej cywilizacji rozumu.


Przyznam, że zaskoczyłeś mnie tą informacją o skracaniu czasu pracy we firmach, jednak coś się dzieje w tej materii. Ja też pracowałem długo w warsztacie na etacie 8 godzin, choć pracy było na 3-4.


Sam byłem zaskoczony, jak tego typu prawdziwe kazusy omawialiśmy na zajęciach. Poza skracaniem godzin pracy, istotną innowacją było też oddanie pełnej kontroli nad grafikiem pracownikom. Okazywało się, że gdy muszą oni ustalić między sobą kto i w jakich godzinach pracuje, zmalała ilość absencji, a sama ciągłość produkcji nie została w żaden sposób zakłócona, bo robotnik czuł się odpowiedzialny za wspólnotę - tak za przedsiębiorstwo, jak i za pozostałych kolegów i koleżanki. Rola kierownika ewoluuje bardziej do takiego "coacha", który nie tyle wydaje polecenia, co prowadzi dialog i skupia się na kreatywnym myśleniu, nie zabierając jednocześnie tej możliwości pracownikom, a nawet zachęcając ich do rozwiązywania problemów na własną rękę. Po prostu klasyczny model zarządzania jest już przestarzały, nie przystaje ani do dzisiejszej mentalności, ani dynamiki zmian zachodzących w otoczeniu. Sprawne przedsiębiorstwo musi być elastyczne i innowacyjne, a nie są to cechy możliwe do narzucenia poprzez twarde rozkazy, no chyba że istotnie prezes jest jakimś półbogiem. Takie właściwości zapewnić może jedynie dobrze wypracowana kultura organizacyjna oraz sprawne systemy zdobywania, gromadzenia, wymiany i zachowywania wiedzy w firmie. To się po prostu sprawdza, ale jak to mówi nasz wspaniały profesor - zacofani konserwatyści muszą po prostu wymrzeć.


Prześlij komentarz


Ostatnie komentarze

Popularne posty