Demoniczne Samce
"99% z naprawdę przerażającego gówna tego świata zostało wszczęte, ustanowione, popełnione lub kontynuowane przez mężczyzn." George Carlin

Medycyna i wykształcenie a kobieta w historii Europy


Przyszły badacz dzisiejszych w Polsce obyczajów zauważy, że jeśli stanowisko jest poważne, nazywa się ono po męsku. Jest lekarz i lekarka, ale tylko ordynator, ordynatorka nie istnieje, choćby była konkretnie kobietą. Jest pani prokurator, od biedy prokuratorka, ale nie ma szefowej prokuratury, tylko pani szef prokuratury, chociaż szefowa istnieje w języku polskim jak najbardziej, jako żona szefa lub kierowniczka kuchni. Nauczycielka tytułowana być może profesorką, ale kiedy ma nominację Rady Państwa na ten stopień, jest już pani profesor, staje się jako profesor samcem, i przykłady można mnożyć.  Jerzy Urban



Siła władzy wynika i zawsze wynikała z ignorancji mas, nie dziwne więc, że rządzący usilnie starają się utrzymywać ten stan rzeczy, co szczególnie widoczne jest w przypadku kobiet. Rzadkie wyjątki właściwie tylko to potwierdzają. Do XX wieku historię kultury tworzyli prawie wyłącznie mężczyźni. 

Dziewczynki co prawda często otrzymywały stosowne wykształcenie, ale jedynie na dworach książęcych, uczono je nawet czytania i pisania. Pomińmy już fakt, że umiejętności te nie wychodziły zbytnio poza zakres czytania modlitw, katechizmów i biblijnych legend, zresztą pochodzące z dobrych domów dziewczęta często zostawały zakonnicami. 

Większość jednak dziewczyn i kobiet pasała gęsi, wykonywała prace w domu i polu, żyła i umierała nie umiejąc czytać. Nawet mówiący dumnie, ale nie bez fałszu, o wykształceniu średniowiecznych kobiet współcześni teolodzy przyznawali, że "o kobietach może być mowa... w odosobnionych wypadkach", że religia chrześcijańska kobiety "naturalnie (sic!) tylko... do pewnego stopnia" chciała wychowywać "początkowo najwyraźniej z wyłącznym zamiarem kształtowania religijnego i moralnego". 

Luter opowiadający się za pozostawaniem kobiety w domu uważał, że odpowiednią dawką dla niej jest godzina nauki dziennie, natomiast Franciscus Barberinus w odpowiedzi na pytanie o zasadność nauczania kobiet pisania i czytania odpowiadał zdecydowanie "nie". 

Dopiero gdy nastała epoka odrodzenia, kobiety, zwłaszcza we Włoszech, mogły już studiować, a czasem nawet uczyć. "Wychwalały ideał wykształcenia" jak pisał pewien katolik dodając jeszcze niedwuznacznie: "nie był już jednak chrześcijańskim ideałem średniowiecza...". Ideał, przy którym Kościół namiętnie obstawał. 

Nawet żeńskie zakony, których jednym z celów miała być działalność oświatowa, musiały znosić kłody rzucane pod nogi przez sam Kościół, w najlepszych przypadkach były tylko zaniedbywane. Kościół oczywiście ma usprawiedliwienie swoich działań w samym boskim słowie: "Niewieście nie zezwalam nauczać". Aż po XIX wiek skutecznie odsuwano kobietę od kultury i polityki, jak pisał Wilhelm Busch: "Ona pończochę ceruje w porannym szlafroczku, on nad Kólnische Zeitung pogrążony, co najważniejsze mówi, dba o wiedzę żony". 

Nawet w poprzednim stuleciu, gdzieniegdzie kobiety wciąż nie miały wstępu na wyższe uczelnie. Pierwsza lekarka amerykańska ukończyła medycynę dopiero w 1849 roku, stając się inspiracją dla dr Quinn. W Anglii, Szwecji, Holandii, Rosji i Szwajcarii mężczyźni dopuścili kobiety do medycyny dopiero w latach 70. XIX wieku, w Niemczech w 1899 roku. Kandydatka jednak musiała otrzymać zezwolenie odpowiedniego ministra do spraw wyznań i oświaty, oczywiście mężczyzny, także rektora i ciała profesorskiego. Znany na całym świecie uniwersytet w Oksfordzie do 1920 roku nie przyznawał kobietom takich samych tytułów naukowych, jakie przyznawał mężczyznom. W 1960 roku tytułem profesora zwyczajnego szczyciło się w Niemczech dwa tysiące trzystu dwudziestu ośmiu mężczyzn i zaledwie trzynaście kobiet, co oczywiście dla męskich ignorantów, których przodkowie przez wieki odsuwali kobiety od edukacji stanowi niezbity dowód na intelektualną przewagę mężczyzn. Wielką głupotą jednak i bezczelnością wykazują się ci, którzy z owego argumentu korzystają.

Chrześcijaństwo cechuje negatywny stosunek do ciała kobiety, co znalazło swoje odzwierciedlenie w ogólnym podejściu do nauk przyrodniczych, szczególnie do medycyny. Badania w tej dziedzinie hamowano, co skutkowało wzrostem liczby ofiar i cierpień, tym bardziej u kobiet, gdyż kobiety właśnie częściej zapadały na zdrowiu od mężczyzn. Miało to oczywiście swoją przyczynę, którą ustalił W XVII wieku wybitny lekarz Francois de le Boe dostrzegając, "że istota, która żyje w stanie ustawicznego podporządkowania mężowi, po prostu musi być smutna i zalękniona, i dlatego szczególnie podatna na choroby". 

O ile dziś zarzuca się feministkom, że jakoś kobiety nie pchają się np. do prac górniczych, o tyle w średniowieczu mężczyźni nigdy nie zostawali położnikami. Kobiety odbierały porody, choć podręczniki medyczne, także te dotyczące ginekologii pisali mężczyźni. Nie dziwi więc fakt, że do XVII wieku przez chrześcijańskie poglądy, teoria i praktyka w tej dziedzinie biegły zupełnie odmiennymi torami. Szkoły kształcące wykwalifikowane akuszerki, potem katedry położnictwa powstały później. 

Dopiero oświecenie przyniosło kobietom poprawę ich pozycji społecznej, dzięki czemu rozwinęła się ginekologia, długo zaniedbywana przez chrześcijańską ciemnotę. Mimo to wciąż nie uporano się od końca z religijnymi zabobonami, szumnie zwanymi dogmatami. Nawet Linneusz, którego zresztą ojciec piastował urząd pastora, w traktacie o naturze opuścił żeńskie organy płciowe jako coś "okropnego", a wielu lekarzy ciągłe wierzyło, że niepłodność stanowi skutek czarów. W połowie XIX wieku ceniony dworski lekarz, Ferdinand Jahn porównał infekcję patologiczną do zapłodnienia drogą płciową i do procesów, które zaczynają się w żeńskich organach płciowych po zapłodnieniu. 

W wiktoriańskiej Anglii kobietom nie przysługiwało należyte badanie lekarskie, w gabinetach posługiwano się lalkami, za pomocą których pacjentki informowały lekarza, gdzie odczuwają ból czy dyskomfort.

W 1891 roku William Goodell opisał swą walkę z tradycją nieoperowania miesiączkującej kobiety, odwieczną tradycją mającą korzenie w chrześcijańskiej mizoginii, wg której kobiecy okres może "zwarzyć mleko, przerwać fermentację wina w beczcie i w ogóle spowodować wiele nieszczęść". Nawet dziś spotkałem się w przekonaniem, że pieczone podczas okresu ciasto jest podatne na zakalec.

W niektórych stuleciach wenerycznie chory mężczyzna uznawany był za postać tragiczną, cierpiąca na chorobę weneryczną kobieta stawała się prawie przypadkiem kryminalnym. 

Ostatnie komentarze

Popularne posty