Demoniczne Samce
"99% z naprawdę przerażającego gówna tego świata zostało wszczęte, ustanowione, popełnione lub kontynuowane przez mężczyzn." George Carlin

Chrześcijaństwo i kobiety proletariuszki

Oczywiście jeszcze straszniej traktował chrześcijański Zachód kobiety klas najniższych. Karlheinz Deschner

To właśnie w średniowieczu, kobieta stała się czymś o co warto zabiegać, stała się celem westchnień, a nie tylko przedmiotem, który sie nabywało w tranzakcji z jej ojcem na zasadzie kto weźmie mniejszy posag... Z wyrazami szacunku, WhiteKaiser (pisownia oryginalna)

(...) bo ja jestem kobieta pracująca – żadnej pracy się nie boję. bohaterka "Czterdziestolatka"


Spotkałem się już z zarzutami, jakoby istnienie w średniowiecznej Europie kobiet panujących i wysoko postawionych dam było dowodem na to, że paniom wcale źle się nie wiodło w owych czasach. W jeden z dyskusji, jaką prowadziłem na Wikipedii w wątku o wiele mówiącym tytule (wiele mówiącym także o autorze) Pierdoły w średniowieczu jeden z użytkowników stwierdził, jakoby stwierdzenie, że kobietom było źle w średniowieczu jest zbytnim uogólnieniem i nie nadaje się do Wikipedii. Cóż, szkoda tylko, że cała nauka polega na uogólnianiu...

Odrzućmy w dal polemikę i spójrzmy na fakty, jakie malują się nam dzięki źródłom pozostałym do naszych czasów. Rzucają one nieco światła na mroczne dzieje średniowiecznego Zachodu, gdzie duchowni i świeccy posiadacze ziemscy, oczywiście mężczyźni, właściwie dowolnie dysponowali poddanymi, mogli bezkarnie ich sprzedawać, wymieniać czy podarować w prezencie. 

Kara chłosty była czymś powszechnym, np. wg zapisanego przez mnichów w VI wieku "prawa salickiego" kara przewidywana dla "dziewki służebnej" mieściła się w granicach 120-240 razów, cóż za okrągła liczba. Służebne wykonywały najcięższe prace, np. strzyżenie owiec, obróbkę lnu, czyszczenie stajni, pranie, mielenie zbóż, prace w polu, "stanowiły kapitał swego pana, podobnie jak bydło i ziemia, a ich praca oznaczała w pewnym sensie odsetki od kapitału, z którego żył". 

Początkowo wynagrodzeniem dla takich kobiet było skromne wyżywienie, co stawiało je na równi ze zwierzętami hodowlanymi. Później otrzymywały one coraz częściej zapłatę także pieniężną, zawsze jednak gorszą niż najniższa pensja dla mężczyzny. Np. około 1420 roku, we Wschodnich Prusach parobek mógł liczyć na zarobek rzędu trzech marek rocznie, dziewka - jedną markę. W majątku frankońskim u schyłku średniowiecza służący zarabiał 5-8 florenów, służąca trzy. Początkiem XVI wieku kościół farny w Ingolstad pod wezwaniem Naszej Drogiej Pani dawał robotnikowi 10-14 feningów za dniówkę, kamieniarzowi nawet 16-24 feningi, kobiecie natomiast - osiem. Niewiele zmieniło się w tej materii do dnia dzisiejszego, prawie wszędzie na świecie kobiety zarabiają mniej od mężczyzn. 

Kobiety służebne stanowiły często własność swoich panów także pod względem seksualnym. Na dworach królewskich, przecież chrześcijańskich, ich wolność ograniczona była nieomal w takim stopniu jak w muzułmańskich haremach. W wielkich majątkach ziemskich "dom kobiet" stanowił jednocześnie prywatny burdel wyznawcy Chrystusa. 

W okresie pełnego rozkwitu średniowiecza często służebne opuszczały latyfundia, wytworzyła się w ten sposób warstwa społeczna "wędrujących kobiet", wyjętych spod prawa prostytutek - buntowniczek. W owych czasach właściwie także zwykłe burdele nazywano "domami kobiet". 

Akt poniżenia poddanych osiągnął apogeum w często pojawiającym się w filmach motywie "prawa pierwszej nocy". Feudałowi przysługiwał pierwszy stosunek seksualny z nowo poślubioną, co miało być zapłatą za prawo do zawarcia związku małżeńskiego. Także w nowożytnych czasach zdarzało się, że bezpośrednio nazywano służące "nocnikiem pana domu", co odzwierciedlało jej ciągłą konieczność bycia do dyspozycji. 

Prawie wszędzie w Europie i prawie przez cały okres średniowiecza wywodzące się z niższych klas córki miały w zasadzie tylko trzy drogi życiowe do wyboru i nie jest to uogólnienie. Mogły zostać służącymi, prostytutkami lub zakonnicami, co pod wieloma względami się nie różniło. Żadna z tych możliwości nie dawała choćby cienia perspektywy na znośne życie, także ewentualna, rzadka możliwość czwarta - praca w rzemiośle, widziana niechętnie zwłaszcza przez Kościół. 

Tak oto nadeszła reformacja i kobieta zostało praktycznie zupełnie wyparta z rzemiosła w mieście, potem we wczesnym kapitalizmie stała się przedmiotem wyzysku. W XIX wieku przemysłowcy zdecydowanie preferowali kobiety jako pracownice, gdyż "pracują staranniej i otrzymują mniejszą zapłatę", przez co zresztą wiele wcześnie umierało. Np. w fabrykach jedwabiu połowa robotnic zapadała na choroby płucne przed końcem okresu przyuczenia do zawodu (!)

W 1831 roku dniówka kobiety trwała siedemnaście (17) godzin. W zakładach włókienniczych w Lyone niektóre pracowały "jednocześnie rękami i nogami, prawie wisząc na pasach". 

Naturalną konsekwencją niewolniczej pracy kobiet był spadek zarobków mężczyzn, którzy sami zgotowali kobietom taki los. Kobiety często wypierały mężczyzn z rynku pracy, ci, bezrobotni przesiadywali w domu w oczekiwaniu na pracujące małżonki. 

W angielskich robotniczych dzielnicach Manchesteru Engels spotykał i opisywał gromady obszarpanych kobiet i dzieci "brudnych jak świnie, które dobrze się czują na kupie popiołu i w kałuży". Wyzysk był znacznie większy niż wyzysk niewolników w starożytności. W zbyt niskich dla koni korytarzach kopalnianych to kobiety pełniły funkcje "ciągaczki", niech stanowi to punkt do zastanowienia dla współczesnych antyfeministów wyganiających kobiety do kopalń. Kopalniane dniówki trwały najmniej dwanaście godzin, często nawet szesnaście, a znane są wyjątkowe przypadki ciągłej pracy trwającej trzydzieści sześć godzin (!) przypominają mi się opowieści moich znajomych górników o tym, jak komicznie w porównaniu z tym wygląda to dzisiaj... może kiedyś się skuszę i napiszę o tym książkę. 

Oto początek zeznania jednej z "ciągaczek": "Mam pas wokół talii i łańcuch przechodzący między nogami i posuwam się na czworakach". W korytarzach, gdzie ta kobieta pracowała, woda zalewała drewniaki często sięgając do kolan "nie jestem już taka silna jak byłam kiedyś i nie znoszę tej pracy tak dobrze, jak dawniej. Ciągnęłam, aż mi skóra schodziła; pas i łańcuch są gorsze, gdy jesteśmy w odmiennym stanie. Mąż często mnie bije, gdy nie jestem gotowa".

W 1847 pisał o pracy "ciągaczek" Heinrich Wilhelm Bensen: "po ośmiu dniach" (od porodu) "matka zwykle wraca do pracy w pełnym zakresie. Dziecko pozostawione w domu, w brudnej, przepełnionej, nie wietrzonej izbie, źle i zupełnie nieodpowiednio odżywiane, stale niedomaga; ucisza się je, podając brandy lub opium. W tej sytuacji wiele dzieci robotników wcześnie umiera..."

Z kolei Marks w przypisie do "Kapitału..." cytuje: "Pan E., fabrykant, pouczał mnie, że przy swych mechanicznych krosnach zatrudnia wyłącznie kobiety; daje pierwszeństwo kobietom zamężnym, zwłaszcza tym, które mają rodziny na utrzymaniu; są dużo uważniejsze i pojętniejsze niż niezamężne, a dla zapewnienia rodzinie niezbędnych środków do życia muszą dawać z siebie wszystko". 

Oczywiście, aby nie uogólniać i zadowolić wspomnianych przeze mnie na początku dyskutantów z Wikipedii i pewnie wielu innych mężczyzn dodam uczciwie, że mężczyźni tylko z początku do granic wyzyskiwali kobiety. Wkrótce bowiem dali nieco wytchnąć niewiastom, stało się to wtedy, gdy zorientowali się, że dzieci są jeszcze tańsze od nich. Dzieci, które z nadmiernego wysiłku często umierały. 

Niech zwieńczy ten smutny obraz raport pruskiego ministerstwa spraw wewnętrznych z 1887 roku: "znaczna część robotnic w naszych wielkich miastach otrzymuje zarobki nie wystarczające do zaspokojenia najniezbędniejszych potrzeb życia i z tego względu znajduje się w sytuacji przymusowej, polegającej na tym, że albo poszuka sobie uzupełniających dochodów w prostytucji, albo padnie ofiarą nieodwracalnych skutków fizycznej i duchowej rujnacji".

Ostatnie komentarze

Popularne posty